czwartek, 10 stycznia 2019

Podsumowanie czytelnicze 2018 i plany i wyzwania czytelnicze na rok 2019

Czas na podsumowanie czytelnicze roku :)
Z reguły nie biorę udziału w różnego rodzaju wyzwaniach, podobnie z wyzwaniem "Przeczytam 52 książki w roku". Dla mnie nie jest to możliwe, przy pracy jaką mam, podróżowaniu, życiu rodzinnym i towarzyskim, no i przy objętości większości książek przeczytanych w ubiegłym roku ;)
Sama sobie stawiam wyzwania i cele.
Wyzwanie, które postawiłam przed sobą na zeszły rok, to przeczytanie "Gry o tron" - wszystkich tomów. I przyznaję, że trochę poległam. Pierwsze trzy tom poszły jak z płatka, pierwsza część czwartego tomu też, ale dalej było już tylko gorzej. Wcale się nie dziwię, że George R.R. Martin nie może skończyć tej sagi i od 2011 roku nie napisał szóstego tomu ! Sam przyznaje, że zakończenie wszystkich wątków wymaga od niego dużego skupienia i nie jest to łatwe. O tak. Druga część czwartego i piąty tom wprowadzają już takie zamieszanie, nowych bohaterów, nowe watki, że można się pogubić. Tym bardziej, ze obejrzałam cały serial, który jest bardzo spójny, o niebo bardziej niż książka. Ciężko będzie autorowi choć w części zbliżyć się do filmu, mimo, ze sam jest autorek lub współautorem scenariusza.
No ale do wyzwania wróćmy. Poległam na V tomie. Miałam szczere nadzieje skończyć wszystko w 2018, ale nie dałam rady. Dopiero w piątek (tak już w tym roku skończyłam pierwszą część) i ostatni dostępny tom przeczytam już w styczniu.
W sumie przeczytałam w 2018 roku 30 książek - dużo ? mało ? każdy ma swój punkt widzenia. Dla mnie optymalnie.
Co mnie najbardziej rozczarowało ? "Kolekcja zdarzeń nietypowych" Toma Hanksa. Wiedziałam, ze to zbiór opowiadani, ale nie przypadły mi one do gustu.
Książka która zaskoczyła mnie najbardziej - "Jak zawsze" Zygmunta Miłoszewskiego I to był mój zeszłoroczny nr 1.
Lubię Magdę Knedler, fajnie pisze. Magdy Stachury dwie poprzednie książki bardziej mi się podobały.
Ciekawą pozycją były "Palmy na śniegu" - opowieść o tajemnicy, hiszpańskich plantacjach w Afryce i zakazanej miłości. Książkę gorąco poleca, filmu nie, kompletnie mi się nie podobał.

No to czas na tegoroczne wyzwania.
Na pewno skończę "Grę o tron" (jeszcze tylko jakieś 400 strony mi zostało ;))
Chcę przeczytać "Ojca Chrzestnego" Mario Puzo, bo pewnie mi nie uwierzycie, ale nie czytałam i filmu też nie oglądałam ! To jest moje podstawowe wyzwanie na ten rok. Najpierw chcę przeczytać książkę, a potem obejrzeć film.
A kolejne wyzwanie - "Mangia, prega, ama", czyli "Jedz, módl się, kochaj" po włosku.  Zobaczymy jak sobie poradzę i ile czasu mi to zajmie ;)
W planach mam jedną lub dwie biografie, bo to już moja tradycja, a reszta się okaże ;)

A Wy jakie macie plany czytelnicze na ten rok ?

czwartek, 3 stycznia 2019

I tak zaczyna się 2019 ...

Witajcie w Nowym 2019 Roku. u nas rozpoczął się on spokojnie - tak jak planowaliśmy, ale że nie w czwórkę a w piątkę, ponieważ mój 4-letni siostrzeniec najpierw zapowiadał, że pójdzie spać, a w końcu przed pierwszą rozpoczęliśmy zabawę "kto pierwszy zaśnie", bo za nic nie chciał się położyć.
Rozkręciła go gra w chińczyka i jest w tym niezły: po pierwsze bezwzględny - zbija każdego bez litości, po drugie twardy - nie denerwuje się jak on jest zbijany, albo nie może wyjść z domku. Oczywiście wygrał, mimo, że nie było dla niego taryfy ulgowej :)
A Nowy Rok, jak to początek miesiąca, przywitał mnie natłokiem pracy - fakturowanie, nowe umowy itp. Ale pełna wigoru i energii obrabiam się z całą mocą ;)
No tego 2019 podchodzę w głową pełną pomysłów i marzeń - co nam z tego wyjdzie zobaczymy.
Od wczoraj biegam po domu z listą co trzeba jeszcze skończyć lub zamówić w tym naszym domu, bo jak się wprowadziliśmy 2,5 roku temu, tak wszystko zostało, a parę rzeczy trzeba jeszcze ogarnąć.
Po drugie już szykuję się do pierwszej w tym roku podróży. Już za 25 dni wyjeżdżamy na tydzień do Malagi. Tym razem w większym gronie - jedziemy z naszym przyjacielem arytstą, jego żona, dzieci i jeszcze dwie koleżanki żony ;) Będzie wesoło :)
Potem 5 lutego wracamy, szybkie pranie i przepakowanie, bo już 11.02 znowu lotnisko i znowu wyprawa na daleki wschód - tym razem Laos. A pod koniec marca narty w Livigno (mam nadzieję, to jeszcze nie pewne, choć bardzo wytęsknione).
Dalsze plany się klarują, po głowie chodzi mi Singapur, Tajlandia, Dominikana, ale też ponownie Madryt, może Rzym, Majorka, Czarnogóra. A znajomi namawiają na 3 tygodnie w Kanadzie. Coś z tego pewnie wyjdzie, a może pojawi się jeszcze coś nowego. Jesteśmy otwarci na propozycje i szalone pomysły, więc może się okazać, że pojedziemy w miejsce, którego wcale w planach nie było.
W nowym roku muszę jeszcze trochę nadgonić bloga podróżowego. Na bieżąco go ogarniam, ale mam zaległości ze starych podróży i ze starych blogów. A muszę poprzerabiać, bo staram się, żeby było o podróżach, a nie o mnie i muszę trochę zdjęcia pozmieniać.
Blog kulinarny też zaniedbany, więc jest co robić.
Poza tym przez kontuzję zaniedbałam bardzo kondycję fizyczną i trzeba będzie to też nadrobić, a przy okazji zrzucić kilka nadprogramowych kilogramów, bo jak stanęłam na wagę po świętach to włosy stanęły mi dęba.
Poza tym kontynuacja nauki angielskiego, włoskie i przymiarka do hiszpańskiego. Tzn. będzie to drugie podejście, bo zaczęłam się uczyć przed Panamą, ale potem porzuciłam.
I tyle planów na Nowy Rok. Teraz czas zakasać rękawy i wziąć się do roboty :)

poniedziałek, 31 grudnia 2018

I tak kończy się 2018 ...

Co to był za rok. Chyba dawno tak optymistycznie nie podchodziłam do podsumowań jak w tym roku ;)
Po pierwsze i najważniejsze prawie cały rok 2018 upłynął mi dokładnie w takim tempie w jakim chciałam. Nie narzekałam, że na coś brakuje mi czasu, jeśli coś zaplanowałam a nie zrobiłam, to było spowodowane tylko moim brakiem chęci (czyt: lenistwem), a nie tym, że czasu mi brakło. A czemu piszę, że prawie cały rok ? Bo tylko grudzień zaburzył mi ten ład i porządek - wyskoczył wyjazd i wkręcenie w serial, a kilka rzeczy zostało odłożonych na bok.
Ale co się odwlecze... :)
Nowy Rok 2018 rozpoczął się cudownie, w towarzystwie kilkunastu kompletnie nieznanych mi osób z różnych stron świata, a jednak bawiliśmy się wspaniale i z kilkoma osobami mam do tej pory kontakt.
Początek roku był trochę ciężki, bo po 14 latach na etacie, 14 latach wstawania o 5.20, pracy od 7 do 15, i jako takiego życia w ciągłym schemacie, nagle wszystko się zmieniło. Nikt nie stał nade mną, że muszę wstać, że muszę coś zrobić. W nowej rzeczywistości stałam się panią siebie i tylko ode mnie zależało jak sobie zaplanuję pracę i życie. I nie było to łatwe, choć dzisiaj, po roku mogę powiedzieć, że odejście z pracy było jedna z najlepszych decyzji jakie podjęłam.
Szczerze mówiąc czułam jeszcze przez kilka tygodni żal, że jednak nikt o mnie nie powalczył, że za słabo mnie namawiali żebym została, że tak szybko się poddali. Odcięłam się zupełnie od wszystkich z byłej pracy, ale było mi to potrzebne. Gdy wszystko zaczęłam od nowa układać, znalazło się miejsce dla znajomych, dla których ważna byłam/jestem ja jako ja, a nie jako koleżanka na stanowisku, z którą trzeba dobrze żyć. Przekonałam się, że tych osób nie było zbyt dużo, ale za to do tej pory mam z nimi kontakt. Tak swoją drogą - wciąż wiele osób żałuje, że odeszłam, mój następca wytrzymał na stanowisku 3 miesiące, kolejny obecnie szuka innej pracy ;)
Własna działalność okazała się strzałem w 10. Na pracę poświęcam 4-6 godzin dziennie i tylko ode mnie zależy w jakich porach dnia - czasem od rana, czasem trochę później, a czasem nie mam weny i dopiero wieczorami siadam do pracy. A pracować mogę tak naprawdę z każdego miejsca na ziemi, wystarczy WiFi.
Podróżowo ten rok również należy do udanych. Rozpoczęliśmy go w Wietnamie, w kwietniu był wypad do Włoch do Livigno na narty (niestety dla mnie nieszczęśliwy), potem majówka w Hiszpanii i wielka miłość jaką zapałałam do Madrytu. Dalej Kampania z Neapolem i w wyprawa do Panamy. Na zakończenie all inclusive na Wyspach Zielonego Przylądka. Tak więc w jednym roku Azja, Europa, obie Ameryki (byłam po obu stronach Kanału Panamskiego, który oddziela Amerykę Północną od Południowej - czyli obie Ameryki ;)) i na koniec Afryka :)))
Pod koniec stycznia zostałam po raz drugi ciocią, a przed wczoraj Księżniczka zaczęła sama chodzić :) Dzięki temu, że siostra ze szwagrem mieszkają 50 metrów od nas mamy z dzieciakami świetny kontakt i dużo czasu z nimi spędzamy. Młody sam do nas przychodzi, taki z niego duży chłopak.
W tym roku poczyniliśmy jeszcze jedną inwestycję - kupiliśmy kolejne mieszkanie na wynajem, myślę, że od marca będzie można wynająć.
Były też momenty niezbyt fajne - ukradli nam samochód, który co prawda zaraz się znalazł, ale jeszcze do tej pory nam go nie oddali i Mąż jeździ zastępczym. Auto zostało poniszczone w środku i ciągle trwają przepychanki między firmą a ubezpieczycielem co naprawiać a co wymieniać. W końcu wymienili wszystko i pod koniec tego tygodnia ma być do odbioru.
Drugim niefajnym momentem w tym roku był mój wypadek, a raczej upadek na nartach, rozwalenie kolana i artroskopia. Na szczęście nie okazało się tak niebezpieczne jak wyglądało i po długiej rehabilitacji wróciłam do zdrowia. Choć muszę się przyznać, że jestem oporną pacjentką i za mało stosowałam się do poleceń rehabilitantów, za mało ćwiczyłam i prawdę mówiąc jeszcze do końca sprawna nie jestem, a na ostatnim wyjeździe podczas gry w tenisa przeciążyłam kolano i boli...
Przez to kolano zaniedbałam swoją kondycję fizyczną, nad którą od stycznia do marca pracowałam intensywnie i nie dość, że kondycję straciłam, to jeszcze kilka nadprogramowych kilogramów się pojawiło.
W kończącym się roku udało mi się wrócić to nauki angielskiego i zrealizować kurs, który sobie zaplanowałam, zaczęłam naukę hiszpańskiego i do operacji kontynuowałam włoski. Nie będzie ze mnie poligloty, ale przynajmniej jadąc w świat mogę się jakoś z ludźmi porozumiewać :)
Taki szalony był dla mnie ten rok :)
O planach na następny - niebawem :)
A na razie życzę cudownej zabawy czy w domowych pieleszach czy w wielkim balu  i fajnego 2019 Roku :)
My bawimy się u mojej siostry - w planie planszówki i krewetki ;)

czwartek, 13 grudnia 2018

Komu w drogę ...

Znowu wyruszamy w podróż. Tym razem na tydzień na totalnego all'a i last'a. Wczoraj wyjazd zakupiony, jutro 5 rano wylot. A ja jeszcze NIC nie spakowałam, ani jednej rzeczy. Długa noc przed nami ...

czwartek, 15 listopada 2018

Jet lag i inne powody

Wróciłam z dalekiej podróży. Panama. Spotkanie dwóch Ameryk.
Wczoraj miałam napisać pierwszego z serii posta na bloga podróżowego, ale nie dało się.
Po pierwsze Jet lag mnie dopadł (w Panamie przez pierwsze trzy dni też miałam - budziłam się o 4.00 i zero spania) i chodzę nieprzytomna, bo o 8.00 muszę być na nogach a w Panamie to środek nocy. A znowu wieczorem zasnąć nie mogę ...
Po drugie mój siostrzeniec tak się stęsknił, że chce spędzać ze mną cały czas.
Po trzecie, po 17 dniach urlopu trzeba poskładać w firmach wszystko do kupy ;)
Ale ogarnęłam się już na tyle, że w tym tygodniu na pewno coś napiszę ;)
No chyba, że nie będzie mi się chciało ;)

środa, 17 października 2018

Październik miesiącem ...

W szkole zawsze było, że październik miesiącem oszczędzania, ale dla mnie w tym roku październik miesiącem jednego wielkiego szaleństwa.
Zaczęło się niewinnie pod koniec września, bo moja siostra obchodziła 40-stkę, potem duża impreza u nas dla znajomych - pożegnanie lata z pieczeniem ziemniaka. Potem znowu moja mama miała 70 urodziny, a że obecnie mieszka daleko od nas - ponad 500 km, to postanowiliśmy zrobić jej niespodziankę i pojechaliśmy na weekend całą paką: tato, ja z mężem i siostra z mężem i dzieciakami. Oczywiście poza tatą nocowaliśmy w hotelu, bo tam nie ma warunków na tyle ludzi, a i ciotka dawała się we znaki.
Wróciliśmy ze wschodu Polski, a już trzeba było się szykować na kolejne urodziny. - siostrzeniec kończył 4 lata, a że stworzenie rozumne i kojarzy kiedy jest jego święto, więc jedna impreza z większą ilością gości była w niedzielę, a druga wczoraj.
Jeszcze po drodze byliśmy na święcie karpia w Dolinie Baryczy, gdzie degustacja ryb okazała się być połączona z dużą imprezą z tańcami.
No a dodatkowo codzienna rehabilitacja.
Z innych tematów ? Tato sprzedał samochód, więc ogarnąć to musiałam, kupiliśmy kolejną nieruchomość inwestycyjną i trzeba było kredyt załatwiać, a z tym roboty na maxa, no i jeszcze wyjazd.
Za 9 dni wyjeżdżamy, tym razem na blisko 17 dni, a naszym celem Ameryka środkowa, ale na ten temat jeszcze będzie. Ten temat jeszcze słabo ogarnięty, bo prawie żadnych przygotowań jeszcze nie czyniłam (poza stwierdzeniem faktu, że przewodnik po tym kraju w Polsce jest praktycznie nieosiągalny, o przewodniku w języku polskim nie wspominając), bo przed wyjazdem muszę ogarnąć firmy.
Więc jak widzicie dla mnie październik jest miesiącem szybkiego tempa.
Jednie na Instagramie mam #miesiączinstagramem, więc codziennie coś wrzucam ;)

środa, 10 października 2018

Krótko o filmie "Kler"

To nie będzie żadna recenzja.
Wczoraj obejrzeliśmy "Kler" Wojtka Smarzowskiego.
Jest to film z gatunku "każdy musi zobaczyć". Film mocny, z wyrazistymi postaciami, smutny,  prawdziwy. Bez domysłów, bez niedopowiedzeń, esencja.
Fantastyczne kreacje aktorskie.
Tyle ode mnie.

Czytałam recenzje filmu, ale też czytałam kilka historii - księży, byłych księży, niedoszłych księży. Z ich słów wynika, że ten obraz nie jest przekłamany, wyolbrzymiony czy przesadzony.
Sama już trochę lat na tym świecie żyję, nie jedna słyszałam, nie jedno widziałam, bywałam bliżej kościoła, teraz jestem bardzo daleko, a właściwie nie mam z nim nic wspólnego. Znałam wielu księży - i takich z powołania, i takich co są w kościele dla kasy. I to nie małej kasy. Coś w tym jest, bo już moje prababcia mawiała, że "kto ma księdza w rodzie, tego bieda nie ubodzie".
Tylko gdzie w tym wszystkim jest Bóg ?

Kilka cytatów z filmu głęboko zapada w głowę, ale mnie szczególnie poruszył jeden: "Niby Kościół to wspólnota a jak przychodzi co do czego, to nie ma do kogo gęby otworzyć".

Film polecam !